Bezdomnosc

Opublikowano: środa, 22, luty 2017 19:05
bezdomnosc.pl

 

MILLION-DOLLAR MURRAY

Dlaczego problemy takie jak bezdomność łatwiej rozwiązać szybko, niż latami „radzić sobie” z nimi.

 

Malcolm Gladwell

(tłum.: Jakub Wilczek)

Oryginalny artykuł został opublikowany w magazynie The New Yorker 13 lutego 2006 roku
i jest dostępny w internecie pod adresem: gladwell.com/million-dollar-murray

 

1.

Z Murraya Barra był kawał chłopa. Były żołnierz piechoty morskiej, ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, solidnie zbudowany. Kiedy się przewracał – a przewracał się często – potrzeba było dwóch lub trzech dorosłych mężczyzn żeby go podnieść. Miał proste czarne włosy i brązową skórę. Na ulicy mówiono na niego „Ogorzały”. Nie miał większości zębów. Miał piękny uśmiech. Ludzie lubili Murraya.

Jego ulubionym napitkiem była wódka. O piwie mawiał, że to „końskie szczyny”. Na ulicach centrum Reno w stanie Nevada, gdzie mieszkał, mógł kupić ćwiartkę taniej wódki za półtora dolara. Jeśli był przy forsie, kupował „zero-siedem”, a kiedy był spłukany, zawsze mógł zrobić to co robi wielu bezdomnych w Reno – przejść się po kasynach i dopić to co znalazł w porzuconych szklankach przy stołach do gry.

„Kiedy był w ciągu, potrafiliśmy go zgarnąć nawet kilka razy dziennie” mówi Patrick O’Bryan, policjant patrolu rowerowego z centrum Reno. „A on miał niesamowite ciągi. Zgarnialiśmy go, a on szedł na detoks, tylko po to, żeby za kilka godzin wyjść i zacząć znowu pić. Wielu tych, którzy piją na ulicy, zachowuje się niezwykle agresywnie. Są nieprzyjemni, napastliwi, nawet brutalni. Murray miał taki charakter i tak niezwykłe poczucie humoru, że jakoś tego nie zauważaliśmy. Nawet kiedy robił się wulgarny, mówiliśmy »Murray, wiesz przecież, że nas uwielbiasz«, a on odpowiadał tylko »Wiem«. I wyzywał nas dalej”.

„Jestem policjantem od piętnastu lat” mówi partner O’Bryana – Steve Johns. „Zgarniałem Murraya przez cały ten czas. Dosłownie”.

Johns i O’Bryan błagali Murraya żeby przestał pić. Kilka lat temu został włączony do programu, w ramach którego przebywał w czymś w rodzaju aresztu domowego i… doskonale prosperował w tym programie. Znalazł pracę i ciężko pracował. Ale pewnego dnia program się skończył. „Kiedy tylko ukończył program, okazało się, że nie miał komu się meldować, a potrzebował tego” mówi O’Bryan. „Nie wiem czy była to kwestia jego wojskowej przeszłości – podejrzewam, że tak. Był świetnym kucharzem. Był taki moment, że zebrał ponad sześć tysięcy dolarów oszczędności. Do pracy przychodził z religijną wręcz sumiennością. Robił wszystko co do niego należało. Aż usłyszał »Gratulujemy ukończenia programu« i ponownie wylądował na ulicy. Przepuścił te sześć tysięcy w około tydzień”.

Często był pod zbyt dużym wpływem alkoholu aby zatrzymać go w areszcie, więc odsyłano go na izbę przyjęć do Szpitala Świętej Marii albo Centrum Medycznego Washoe. Marla Johns, która była pracownikiem socjalnym na izbie przyjęć u Świętej Marii widywała go kilka razy w tygodniu. „Karetka go przywoziła. My zajmowaliśmy się nim tak długo, aż był na tyle trzeźwy, że można go było przewieźć do aresztu. Wtedy dzwoniliśmy po policję. Prawdę mówiąc, to tak poznałam mojego męża”. Marla Johns jest żoną Steve’a Johnsa.

„On był jak jedyna stała rzecz w ciągle zmieniającym się otoczeniu” mówi Marla. „Wchodził na izbę i uśmiechał się tym na wpół bezzębnym uśmiechem. Nazywał mnie swoim »aniołkiem«. Kiedy wchodziłam do pomieszczenia, uśmiechał się i mówił »Mój aniołku, tak się cieszę, że cię widzę«. Żartowaliśmy trochę, ja błagałam go żeby przestał pić, a on śmiał się z tego. A kiedy nie pojawiał się przez dłuższy okres, martwiłam się i dzwoniłam do biura koronera. Kiedy bywał trzeźwy, dowiadywałam się, że gdzieś pracuje. Wtedy chodziliśmy w to miejsce z mężem na kolację. Kiedy byliśmy jeszcze narzeczonymi i przygotowywaliśmy się do ślubu, zapytał czy może przyjść na nasze wesele. Zażartowałam wtedy: »Możesz, jeśli będziesz trzeźwy. Nie będzie mnie stać na twój rachunek za alkohol«. Kiedy założyliśmy rodzinę i byłam w ciąży, kładł rękę na moim brzuch i błogosławił dziecko. Był takim światełkiem”.

Jesienią 2003 roku policja w Reno rozpoczęła akcję ograniczania zjawiska żebractwa w ścisłym centrum miasta. Pojawiły się artykuły prasowe i programy radiowe, w których policję poddawano ostrej krytyce. Krytycy powtarzali, że akcja wymierzona w zjawisko żebrania urosła do rozmiarów szykanowania, a bezdomni nie byli przecież obciążeniem dla miasta – jedynie starali się przeżyć. „Któregoś ranka słuchałem rozmowy w radio, w której mieszano policję z błotem i mówiono jaka to wielka niesprawiedliwość” mówi O’Bryan. „I pomyślałem, że nigdy nie widziałem żeby któryś z tych krytykantów w środku zimy szukał ciał po zaułkach”. O’Bryan był wściekły. W centrum Reno było mnóstwo jedzenia dla bezdomnych w przykościelnych jadłodajniach, nawet lokalny McDonald’s karmił głodnych. Żebranie było na alkohol, a alkohol jest dla nich niebezpieczny. O’Bryan i Johns poświęcali przynajmniej połowę czasu pracy na pomoc takim jak Murray – byli jednocześnie pracownikami socjalnymi i policjantami. I wiedzieli, że nie oni jedyni wykonują taką pracę. Kiedy ktoś tracił z przepicia przytomność na ulicy, wzywali pogotowie hasłem „człowiek leży”. Karetką jechali wtedy we czwórkę, a pacjent zostawał w szpitalu na wiele dni, bo życie na ulicy w stanie niemal ciągłego upojenia alkoholowego to pewna droga do poważnego uszczerbku na zdrowiu. Oczywiście takie interwencje nie były tanie.

O’Bryan i Johns zadzwonili kiedyś do znajomego w pogotowiu, który pomógł im skontaktować się z lokalnymi szpitalami. „Podaliśmy trzy nazwiska chronicznych alkoholików z centrum miasta, których aresztowaliśmy najczęściej” mówi O’Bryan. „Prześledziliśmy ich losy w zaledwie jednym z naszych dwóch szpitali. Jeden z nich wcześniej siedział w więzieniu, więc na ulicy przebywał tylko przez sześć miesięcy. W ciągu tego czasu udzielono mu pomocy medycznej o łącznej wartości stu tysięcy dolarów – i to tylko w mniejszym z dwóch szpitali w centrum Reno. Myślę, że można spokojnie założyć, że w tym drugim, jego rachunek był jeszcze wyższy. Kolejna osoba przyjechała z Portland i przebywała w Reno zaledwie od trzech miesięcy. W tym okresie czasu skorzystała z usług medycznych na łączną kwotę sześćdziesięciu pięciu tysięcy dolarów. Trzecia osoba potrafiła przez dłuższe okresy utrzymywać trzeźwość, więc uzbierała rachunek wysokości tylko pięćdziesięciu tysięcy”.

Pierwszą z tych osób był Murray Barr, a Johns i O’Bryan zdali sobie sprawę, że jeśli podsumuje się wszystkie udzielone mu świadczenia medyczne za ostatnie dziesięć lat, od kiedy przebywał na ulicy, doda się do tego koszty terapii uzależnień i detoksu, wynagrodzenia lekarzy i inne koszty, Murray Barr prawdopodobnie będzie najdroższym pacjentem w historii stanu Nevada.

„Nierozwiązywanie problemu Murraya kosztowało nas milion dolarów” podsumowuje O’Bryan.

 

2.

Piętnaście lat temu, po aferze z pobiciem Rodneya Kinga, policja w Los Angeles przechodziła kryzys. Policjantów oskarżano o dyskryminację rasową, naruszanie dyscypliny oraz stosowanie przemocy. Zakładano przy tym, że problemy te dotyczyły większości zatrudnianych funkcjonariuszy. Używając języka statystyków, sądzono, że problemy w policji Los Angeles cechuje „rozkład normalny”, który, jeśli nanieść go na wykres, wygląda jak krzywa w kształcie dzwonu, z niewielką liczbą wystąpień na jednym i drugim końcu, i znacznym nagromadzeniem problemów skupionym w centrum wykresu. Założenie o krzywej dzwonowej stało się tak integralną częścią naszej architektury mentalnej, że używamy jej automatycznie do opisywania doświadczanych zjawisk.

Jednak kiedy policja Los Angeles została poddana badaniu specjalnej komisji prowadzonej przez Warrena Christophera, światło dzienne ujrzał zupełnie inny obraz. W latach 1986-90, oskarżenia o nadmierną przemoc oraz niewłaściwe postepowanie wysunięto przeciwko tysiącu ośmiuset z ośmiu i pół tysiąca funkcjonariuszy pracujących w mieście. Najczęściej reprezentowane w krzywej dzwonowej „szerokie centrum” pracowało w zasadzie niemal bez zarzutu. Co więcej, w tysiącu czterystu przypadkach, mowa była jedynie o jednym lub dwóch wysuniętych oskarżeniach (a należy zauważyć, że mowa tu o oskarżeniach, a nie o potwierdzonych przekroczeniach uprawnień, badanie dotyczyło okresu czterech lat, a oskarżenia o nadmierną przemoc są nieodłączną częścią pracy policji w środowisku miejskim – nowojorska policja otrzymuje takich skarg trzy tysiące rocznie). Jednak z drugiej strony, na stu osiemdziesięciu trzech funkcjonariuszy złożono co najmniej cztery skargi, na czterdziestu czterech z nich – sześć lub więcej, na szesnastu – osiem lub więcej, a rekordzista zgromadził aż szesnaście oskarżeń. Gdyby problemy policji Los Angeles nanieść na wykres nie przybrałby on kształtu dzwonu. Wyglądałby raczej jak kij hokejowy, odpowiadający statystycznemu rozkładowi potęgowemu – kiedy niemal całość wystąpień danego zjawiska nie znajduje się po środku wykresu, lecz na jednym z jego ekstremów.

Raport Komisji Christophera wielokrotnie odwołuje się do zjawiska opisanego jako krańcowe nagromadzenie problematycznych funkcjonariuszy. Jeden z policjantów był oskarżany o nadmierną przemoc trzynastokrotnie, pięciokrotnie z innych jeszcze powodów. Rutynowe kontrole wewnętrzne wykazały w jego przypadku dwadzieścia osiem naruszeń procedur związanych z użyciem siły. Miał też na koncie jeden przypadek nieuzasadnionego użycia broni palnej. Inny – sześć oskarżeń o nadmierną przemoc, dziewiętnaście innych skarg, dziesięć naruszeń procedur oraz trzy przypadki nieuzasadnionego użycia broni. Trzeci funkcjonariusz – dwadzieścia siedem naruszeń procedur, czwarty – trzydzieści pięć. Kolejny miał kartotekę pełną skarg za np. „uderzenie aresztowanego w kark kolbą strzelby bez uzasadnionej przyczyny w czasie kiedy aresztowany klęczał skuty w kajdanki”, pobicie trzynastolatka, czy zrzucenie skutego aresztowanego z krzesła i kopanie go w tył i bok głowy kiedy ten leżał na brzuchu na podłodze.

Informacje zawarte w raporcie sprawiają wrażenie, że gdyby zwolnić z pracy tych czterdziestu czterech policjantów, policja Los Angeles zaczęłaby doskonale funkcjonować. Jednak raport sugeruje też, że problem jest znacznie trudniejszy niż wydaje się to na pierwszy rzut oka, ponieważ ci najgorsi policjanci byli tak źli, że mechanizmy używane w celu usuwania „zgnitych jabłek” wobec nich po prostu nie zadziałały. Jeśli poczyni się błędne założenie, że opisywane problemy podlegają rozkładowi normalnemu, wnioskiem jest wdrożenie rozwiązań które poprawią pracę funkcjonariuszy ze „środka” – np. dodatkowe szkolenia czy obostrzenia przy zatrudnianiu funkcjonariuszy. Tymczasem „środek” w ogóle nie wymagał pomocy. Natomiast wobec tych najtrudniejszych, którzy pomocy zdecydowanie wymagali, zastosowano działania skalibrowane na „środek”. Oczywiście okazały się one nieskuteczne.

W latach osiemdziesiątych, kiedy bezdomność stała się problemem na skalę krajową, również założono, że problem podlega rozkładowi dzwonowemu – uznano, że znakomita większość bezdomnych była w tym samym stanie półpermanentnego kryzysu. To założenie wywołało panikę – skoro jest tak wielu bezdomnych, z tak wielką liczbą problemów, to cóż można zrobić aby im wszystkim pomóc? Nieco później, piętnaście lat temu, młody absolwent Boston College, Dennis Culhane, zamieszkał na siedem tygodni w noclegowni dla bezdomnych w Filadelfii w ramach badań prowadzonych na potrzeby pracy dyplomowej. Kilka miesięcy później powrócił do tej samej noclegowni i ku swojemu zdziwieniu odkrył, że nie ma w niej już tych ludzi, z którymi niedawno spędził tyle czasu. „Pozwoliło mi to uświadomić sobie, że większość tych ludzi samodzielnie powraca do normalnego życia” mówi Culhane.

Następnie Culhane stworzył bazę danych – pierwszą tego rodzaju – aby śledzić losy ludzi wchodzących i wychodzących z systemu noclegowni. To co odkrył walnie zmieniło sposób w jaki postrzegana jest bezdomność. Okazało się, że nie ma ona rozkładu normalnego – podobnie jak problemy w policji Los Angeles podlega ona zasadom rozkładu potęgowego. „Odkryliśmy, że osiemdziesiąt procent osób bezdomnych, doświadcza bezdomności krótkookresowo” mówi Culhane. „W Filadelfii najczęstszy okres pozostawania w bezdomności to jeden dzień. Kolejny to dwa dni. I są to osoby, które nigdy nie stają się bezdomnymi ponownie. Każdy, kto choć raz doświadczył niedobrowolnego pobytu w noclegowni wie, że po tym przeżyciu myśli się wyłącznie o tym, aby nigdy tam nie powrócić”.

Kolejne dziesięć procent to, jak nazywa ich Culhane, klienci epizodyczni. Pojawiają się np. na trzy tygodnie i potem wracają od czasu do czasu, najczęściej zimą. Zazwyczaj byli to młodzi ludzie z poważnym uzależnieniem od narkotyków. Największe zainteresowanie Culhane’a wzbudziła grupa ostatnich dziesięciu procent, na samym końcu krzywej. Byli to bezdomni chroniczni, żyjący w noclegowniach nierzadko po kilka lat. Ci byli starsi, wielu z doświadczało choroby psychicznej lub fizycznej niepełnosprawności. Kiedy myślimy o bezdomności jako problemie społecznym – ludziach śpiących na ulicy, agresywnie żebrzących, pijących w bramach, gromadzących się na kratach wentylacyjnych linii metra i pod mostami – to właśnie tę grupę mamy na myśli. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych, według bazy Culhane’a, w Nowym Jorku przebywało ćwierć miliona osób, które w ciągu ostatnich pięciu lat doświadczyły bezdomności – co było liczbą zaskakująco wysoką. Jednak zaledwie około dwóch i pół tysiąca było bezdomnymi chronicznie.

Co więcej, okazało się, że ta grupa kosztuje system opieki zdrowotnej i pomocy społecznej o wiele więcej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Culhane szacował, że w samym Nowym Jorku na pomoc dwóm i pół tysiąca „najbardziej bezdomnych” wydaje się sześćdziesiąt dwa miliony dolarów rocznie. „To daje dwadzieścia cztery tysiące dolarów na jedno łóżko w noclegowni” mówi Culhane. „A mówimy tu o pryczach stojących w półmetrowych odstępach”. Boston Health Care for the Homeless Program, największa instytucja pomagająca bezdomnym w Bostonie, niedawno prześledziła wydatki na usługi medyczne świadczone stu dziewięciu chronicznie bezdomnym osobom. W ciągu pięciu lat trzydzieści trzy z nich zmarły a siedem kolejnych umieszczono w domach spokojnej starości, ale pomimo tego, osoby objęte badaniem były przyjmowane do izb przyjęć aż 18.834 razy. Każda z tych wizyt to koszt minimum tysiąca dolarów. Centrum Medyczne Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego prześledziło losy piętnastu chronicznie bezdomnych alkoholików i wykazało, że w ciągu osiemnastu miesięcy, tych piętnastu ludzi odwiedzało izby przyjęć łącznie czterysta siedemnaście razy. Średnie koszty interwencji medycznych na jedną osobę wyniosły sto tysięcy dolarów. Jedna z badanych osób – tamtejszy odpowiednik Murraya Barra – odwiedzała izbę przyjęć osiemdziesiąt siedem razy.

„Przy przyjęciu do szpitala najczęściej okazuje się, że mamy do czynienia ze skomplikowanym zapaleniem płuc” mówi James Dunford, dyrektor pogotowia ratunkowego w San Diego i autor badania. „Upijają się i wdychają do płuc drobiny wymiocin, które powodują ropień, a do tego są wychłodzeni bo śpią na deszczu. Lądują na intensywnej terapii ze skomplikowanymi infekcjami. Zdarzają się potrącenia przez samochody, autobusy czy ciężarówki. Ich stan neurologiczny to również najczęściej katastrofa. Są więc zwyczajnie podatni na upadki, rozbijają sobie głowy, w wyniku czego powstają krwiaki podtwardówkowe, które nieleczone mogą ich zabić. Koszt takiego zabiegu to co najmniej pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Jednocześnie przechodzą w czasie leczenia alkoholowy zespół abstynencyjny, a ich wątroby są niezwykle zdegenerowane, co tylko dodatkowo zmniejsza ich odporność na infekcje. To nie ma końca. Prowadzimy skomplikowane zabiegi, płacimy kolosalne pieniądze za badania laboratoryjne, pielęgniarki się poddają bo widzą ciągle tych samych ludzi na oddziale, a jedyne co osiągamy to doprowadzenie pacjenta do stanu, w którym może opuścić szpital o własnych siłach. I wrócić na ulicę”.

Problem bezdomności przypomina problem ze złymi policjantami w Los Angeles. To kwestia niewielkiej liczby bardzo trudnych przypadków. I to jest dobra wiadomość, ponieważ tak skoncentrowany problem łatwo jest objąć w całości i pomyśleć o rozwiązaniu go. Zła wiadomość jest taka, że te trudne przypadki są… trudne. Mowa o przewracających się alkoholikach z chorobami wątroby, skomplikowanymi infekcjami i chorobami psychicznymi. Rozwiązanie ich problemu wymaga poświęcenia czasu, uwagi i mnóstwa pieniędzy. Ale chroniczna bezdomność i tak powoduje już kolosalne wydatki i Culhane zauważył, że środki niezbędne na rozwiązanie problemu bezdomności mogą być znacznie mniejsze niż środki wydawane na ignorowanie tego problemu. Murray Barr kosztował system opieki zdrowotnej więcej niż ktokolwiek w Nevadzie. Prawdopodobnie taniej byłoby dać mu mieszkanie z całodobową opieką pielęgniarską.

Naczelnym orędownikiem teorii rozkładu potęgowego w bezdomności jest Philip Mangano, który w 2002 roku został powołany przez prezydenta Busha na stanowisko dyrektora Międzyresortowej Rady ds. Bezdomności – ciała, które nadzoruje programy dwudziestu różnych agencji federalnych. Mangano to szczupły mężczyzna z burzą siwych włosów i magnetyczną osobowością, który zaczął swoją pracę na rzecz bezdomnych w stanie Massachusetts. Przez ostatnie dwa lata podróżował po całych Stanach Zjednoczonych opowiadając burmistrzom i radom miejskim o prawdziwym kształcie „krzywej bezdomności”. „Ograniczenie wsparcia do prowadzenia jadłodajni i noclegowni”, argumentował, „pozwala osobom chronicznie bezdomnym pozostawać chronicznie bezdomnymi”. Budujemy jadłodajnie i noclegownie sądząc, że bezdomność to szeroki i niezarządzalny środek wykresu. Ale jeśli założymy, że jest to problem położony na krawędzi tegoż wykresu, możemy go rozwiązać. Dotychczas Mangano przekonał ponad dwieście miast do radykalnego zrewidowania polityki pomocy osobom bezdomnym.

„Ostatnio byłem w St. Louis” mówił Mangano w czerwcu, kiedy wpadł na chwilę do Nowego Jorku w drodze do Boise w stanie Idaho. „Rozmawiałem z ludźmi świadczącymi tam usługi dla bezdomnych. Mieli do czynienia z trudną grupą, do której nie mogli w żaden sposób dotrzeć, niezależnie od oferowanych form pomocy. Powiedziałem im więc, żeby za część pieniędzy przeznaczaną na pomoc bezdomnym wynajęli trochę mieszkań i poszli do tych ludzi. Dosłownie – poszli do tych ludzi z kluczami i powiedzieli: »To jest klucz do mieszkania. Jeśli pójdziesz teraz ze mną, dam ci go i będziesz miał mieszkanie«. I tak zrobili. A ci bezdomni, jeden po drugim, zgłaszali się do nich. Naszym zamiarem jest skończenie z polityką pomocy bezdomnym opartą na finansowaniu programów, które wspierają bezdomnych bez końca i zainwestowanie tych środków w rezultaty, które faktycznie mogą zakończyć problem bezdomności”.

Mangano to pasjonat historii, człowiek, któremu zdarza się zasypiać słuchając starych przemówień Malcolma X. Lubi okraszać swoje wypowiedzi odniesieniami do ruchu praw obywatelskich Martina Luthera Kinga czy zburzenia Muru Berlińskiego, a przede wszystkim do walki o zniesienie niewolnictwa. „Jestem abolicjonistą” mówi. „Moje biuro w Bostonie znajdowało się naprzeciwko pomnika 54. Regimentu w parku Boston Common, niedaleko kościoła Park Street Church, gdzie William Lloyd Garrison wzywał do natychmiastowej abolicji, a tuż za rogiem jest Tremont Temple, gdzie Frederick Douglass wygłosił swoje słynne przemówienie. Mam bardzo głęboko zakorzenione przekonanie, że z problemami społecznymi nie należy sobie radzić. Trzeba je rozwiązywać.”

 

3.

Stary kompleks YMCA [Young Men’s Christian Association – przyp. tłum.] w centrum Denver w stanie Kolorado znajduje się na 16. ulicy, nieco na wschód od centralnej dzielnicy biznesowej. Główny budynek to ładna sześciopiętrowa konstrukcja wzniesiona w 1906 roku, a tuż obok niej stoi skrzydło dobudowane w latach pięćdziesiątych. Na parterze jest sala gimnastyczna i mniejsze pomieszczenia do ćwiczeń. Na wyższych piętrach urządzono kilkaset pokojów – pomalowanych na jasne kolory jednoosobowych sypialni i nieco większych kawalerek z kuchenkami mikrofalowymi, wentylatorami i centralną klimatyzacją. Przez ostatnich kilka lat właścicielem i zarządcą kompleksu było Colorado Coalition for the Homeless (CCH).

Nawet jak na wielkomiejskie standardy Denver ma poważny problem z bezdomnością. Zimy są tu stosunkowo łagodne, a lata nie tak gorące jak w sąsiednich stanach Nowy Meksyk czy Utah. Spowodowało to, że miasto stało się magnesem dla osób w trudnym położeniu. Szacunki władz miasta mówią o około tysiącu chronicznie bezdomnych osób, z których trzysta bytuje w centrum – na 16. ulicy, będącej handlowo-rozrywkowym sercem miasta, czy też w pobliskim parku Civic Center. Wielu przedsiębiorców prowadzących swoje sklepy i lokale w centrum obawia się, że obecność bezdomnych odstrasza ich klientów. Kilka przecznic na północ, obok szpitala, skromny i niski budynek ośrodka detoksykacyjnego odnotowuje rocznie dwadzieścia osiem tysięcy przyjęć. Wiele z nich, to przypadki osób bezdomnych tracących przytomność na ulicy z powodu upojenia alkoholowego lub – co jest coraz częstszym zjawiskiem – upojenia płynem do płukania ust. „Doktor… Doktor Tich, tak na niego mówią – takiej marki płynu używają” mówi Roxane White, kierownik miejskich służb socjalnych. „Można sobie wyobrazić co to robi z wnętrznościami człowieka”.

Osiemnaście miesięcy temu, miasto rozpoczęło współpracę z Philipem Mangano. Łącząc środki federalne i lokalne, CCH zainaugurowało program, do którego dotychczas zapisało się sto sześć osób. Program jest skierowany do Murrayów Barrów z Denver – ludzi, którzy generują największe koszty w systemie. CCH chce pomagać tym, którzy byli na ulicy najdłużej, mają przeszłość kryminalną i problem z uzależnieniem lub są chorzy psychicznie. „Mamy taką kobietę, nieco po sześćdziesiątce, choć wygląda na osiemdziesiąt lat” mówi Rachel Post, dyrektor terapii uzależnień w CCH, zmieniając kilka szczegółów w opisie klientki aby chronić jej tożsamość. „Jest chroniczną alkoholiczką. Jej typowy dzień zaczyna się od znalezienia czegoś do picia na resztę dnia. Często się przewraca. Inna osoba, mężczyzna, który trafił do nas już w pierwszym tygodniu programu, był na terapii metadonem. Wcześniej leczył się psychiatrycznie. Jedenaście lat spędził w więzieniu, a potem przez trzy kolejne mieszkał na ulicy. A jakby tego było mało, miał ubytek przegrody międzykomorowej, czyli mówiąc prościej – dziurę w sercu”.

Strategia rekrutacji uczestników była tak prosta, jak przedstawił to Mangano w St. Louis: „Czy chciał(a)by pan(i) otrzymać mieszkanie?”. Uczestnicy programu otrzymywali pokój w YMCA lub mieszkanie wynajęte gdzieś w mieście, pod warunkiem, że zgadzali się współpracować na zasadach określonych w programie. W piwnicach kompleksu YMCA, gdzie kiedyś znajdowały się korty do racquettballa, CCH zaaranżowało centrum dowodzenia, w którym pracę znalazło dziesięciu pracowników socjalnych. Przez pięć dni w tygodniu, pomiędzy ósmą trzydzieści, a dziesiątą rano, pracownicy socjalni spotykają się z wszystkimi uczestnikami programu i skrupulatnie badają ich sytuację. Na ścianach wokół stołu konferencyjnego wisi kilka pokaźnych tablic, na których widnieją wypisane flamastrami terminy wizyt lekarskich, wezwań do sądów czy dawkowania leków poszczególnych uczestników. „Musimy mieć jednego pracownika na dziesięciu podopiecznych aby to działało” mówi Post. „Wychodzisz, docierasz do ludzi i oceniasz jak sobie radzą w nowym środowisku. Z niektórymi jesteśmy w kontakcie codziennie. Optymalny jest kontakt raz na dwa dni. Obecnie mamy około piętnastu osób, o które się martwimy”.

Koszt świadczonych usług to około dziesięć tysięcy dolarów rocznie w przeliczeniu na jednego bezdomnego, zaś średnia cena wynajmu kawalerki w Denver to 376 dolarów miesięcznie, a więc nieco powyżej czterech i pół tysiąca dolarów rocznie. Oznacza to, że można osobie chronicznie bezdomnej zapewnić mieszkanie i opiekę za łącznie nie więcej niż piętnaście tysięcy dolarów rocznie, czyli około jedną trzecią tego co kosztuje jej pobyt na ulicy. Założenie jest takie, że kiedy tylko sytuacja osób biorących udział w programie zaczyna się stabilizować, będą one w stanie znaleźć zatrudnienie i stopniowo przejmować na siebie ciężar opłat za zajmowane mieszkanie. Na dzień dzisiejszy do programu włączono kolejnych siedemdziesiąt mieszkań wspieranych, a miejski plan przeciwdziałania bezdomności zakłada uruchomienie kolejnych ośmiuset w ciągu dziesięciu lat.

Oczywiście rzeczywistość nie jest tak idealna. Założenie, że najbardziej chore i wykluczone osoby bezdomne zdołają osiągnąć stabilizację i zatrudnienie jest tylko nadzieją. Niektórzy z oczywistych przyczyn nie zajdą aż tak daleko – to w końcu są najtrudniejsze przypadki. „Mamy takiego podopiecznego, ma dwadzieścia kilka lat” mówi Post. „Już choruje na marskość wątroby. Kiedyś wydmuchał 4,9 promila, co zabiłoby większość ludzi. Do pierwszego otrzymanego mieszkania sprowadził wszystkich swoich przyjaciół – zorganizował imprezę podczas której zniszczyli mieszkanie i wybili okno. Daliśmy mu kolejne mieszkanie, a on zrobił to samo”.

Post mówi, że obecnie ten człowiek jest trzeźwy od kilku miesięcy. Ale w każdym momencie może powrócić do nałogu i być może zniszczyć kolejne mieszkanie, a oni muszą zdecydować co z nim zrobić. Post właśnie odbyła telekonferencję z ludźmi, którzy prowadzą podobny program w Nowym Jorku. Zastanawiali się, czy dawanie klientom aż tylu szans nie zachęca ich do nieodpowiedzialnego zachowania. W niektórych przypadkach na pewno tak jest. Ale czy jest jakaś alternatywa? Jeśli wyrzucimy tego człowieka z powrotem na ulicę, i tak będzie generował wyższe koszty. Współczesna filozofia pomocy społecznej podpowiada, że wsparcie powinno być czasowe i warunkowe, tak aby uniknąć uzależnienia od pomocy. Ale ktoś, kto wydmuchuje 4,9 promila na alkomacie i ma marskość wątroby w wieku dwudziestu siedmiu lat, nie reaguje na zachęty i kary w normalny sposób. „Najtrudniejsi klienci to tacy, którzy doświadczali bezdomności tak długo, że powrót na ulicę w ogóle ich nie przeraża” mówi Post. „Nadchodzi lato i oni mówią nam, że nie muszą się stosować do naszych zasad”. Polityka walki ze zjawiskiem bezdomności definiowanym zgodnie z zasadą rozkładu potęgowego musi działać odwrotnie do zasad polityki opartej o rozkład normalny. Powinna uzależniać – chcemy przecież, żeby ci, którzy dotychczas pozostawali poza systemem pomocy, wchodzili do programu i odbudowywali swoje życie pod nadzorem tych dziesięciu pracowników socjalnych z piwnicy w YMCA.

To ten element powoduje największą konsternację kiedy mówimy o polityce opartej o rozkład potęgowy. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to polityka sensowna. Ale z perspektywy moralnej wydaje się niesprawiedliwa. Bez wątpienia, tysiące ludzi w Denver żyją z dnia na dzień, pracują na dwóch czy nawet trzech etatach i zdecydowanie zasługują na pomocną dłoń. Ale nikt nie oferuje im kluczy do nowego mieszkania. A taką właśnie pomoc oferujemy człowiekowi popijającemu wykrzykiwane wulgaryzmy Doktorem Tichem. Kiedy prawnie zdefiniowany okres udzielania pomocy samotnej matce się kończy, po prostu odcinamy ją od świadczeń. Ale kiedy bezdomny demoluje mieszkanie, dajemy mu kolejne. Zasiłki pomocy społecznej powinny być w jakiś sposób uzasadnione moralnie. Przyznajemy je wdowom, niepełnosprawnym weteranom i ubogim matkom z dziećmi. Przyznawanie leżącemu na chodniku bezdomnemu mieszkania ma inne podstawy. Chodzi po prostu o efektywność.

Wierzymy także, że dystrybucja zasiłków nie powinna być arbitralna. Nie przyznajemy ich wyłącznie niektórym ubogim matkom czy jakiejś garstce losowo wybranych weteranów. Otrzymują je wszyscy spełniający określone kryterium formalne, a moralna wiarygodność publicznego wsparcia opiera się, częściowo, właśnie na uniwersalnym podejściu. Ale program realizowany w Denver nie wspiera przecież wszystkich chronicznie bezdomnych. Lista oczekujących na mieszkanie wspierane liczy sobie sześćset osób. Miną lata zanim wszystkie te osoby otrzymają mieszkania. Niektórzy mogą nie otrzymać ich wcale. Nie mamy wystarczających środków aby pomóc każdemu zgodnie z jego potrzebami, a pomaganie każdemu odrobinę, tak aby pozostać w zgodzie z zasadą uniwersalności świadczonej pomocy, nie jest w tej sytuacji tak efektywne kosztowo jak pomaganie niewielkiej grupie w znacznym stopniu. Bycie sprawiedliwym oznacza w tym przypadku zapewnienie jadłodajni i noclegowni, a jadłodajnie i noclegownie nie rozwiązują problemu bezdomności. Nasze tradycyjne intuicje moralne wprowadzają nas w błąd, kiedy mamy do czynienia z najtrudniejszymi klientami. Problemy wykazujące cechy rozkładu potęgowego pozostawiają nam bardzo nieprzyjemny wybór – możemy pozostać w zgodzie z naszymi zasadami moralnymi albo możemy rozwiązać problem. Nie możemy zrobić obu tych rzeczy jednocześnie.

 

4.

Kilka mil na północny wschód od starego kompleksu YMCA w centrum Denver, na Speer Boulevard, przy zjeździe z autostrady I-25, stoi przy jezdni wielka elektroniczna tablica. Podłączona jest do urządzenia, które na odległość mierzy emisję spalin przejeżdżających samochodów. Kiedy przejeżdża samochód z prawidłowo funkcjonującym układem kontroli emisji spalin, na tablicy wyświetla się napis „Dobrze”. Kiedy przejeżdża samochód znacznie przekraczający limity emisji, wyświetla się „Niedobrze”. Stojąc na Speer Boulevard i obserwując tę tablicę przez dowolną ilość czasu, można odkryć, że niemal każdy pojazd otrzymuje ocenę „Dobrze”. Audi A4 – „Dobrze”. Buick Century – „Dobrze”. Toyota Corolla – „Dobrze”. Ford Taurus – „Dobrze”. Saab 9-5 – „Dobrze”, i tak dalej, i tak dalej, aż po jakichś dwudziestu minutach przejeżdża jakiś zdezelowany Ford Escort albo tuningowane Porsche, a tablica na to: „Niedobrze”. Obraz problemu smogu jaki otrzymujemy patrząc na tablicę elektroniczną na Speer Boulevard oraz obraz bezdomności jaki otrzymujemy słuchając porannych narad zespołu pracującego w kompleksie YMCA są bardzo zbliżone. Emisja spalin w samochodach także podlega rozkładowi potęgowemu. Przykład zanieczyszczenia powietrza pozwala lepiej zrozumieć dlaczego tak ciężko walczymy z problemami dotyczącymi kilku najtrudniejszych przypadków.

Większość samochodów, przede wszystkim tych nowszych, produkuje zaskakująco mało szkodliwych substancji. Spaliny dobrze utrzymanego Subaru z 2004 roku zawierają jedynie sześć setnych procenta tlenku węgla co jest wartością pomijalną. Ale niemal po każdej autostradzie porusza się niewielka liczba samochodów, które z różnych przyczyn – wieku, źle przeprowadzonych napraw czy celowej ingerencji właściciela – produkują spaliny o zawartości tlenku węgla przekraczającej dziesięć procent, czyli niemal dwieście razy wyższej. W Denver pięć procent samochodów na drogach produkuje pięćdziesiąt pięć procent zanieczyszczeń.

„Załóżmy, że samochód ma piętnaście lat” mówi Donald Stedman. Jest chemikiem i specjalistą ds. emisji samochodowych na Uniwersytecie w Denver. To jego laboratorium postawiło tablicę na Speer Boulevard. „Oczywiście im starszy jest samochód, tym bardziej staje się podatny na awarie. Tak samo jest z ludźmi. A przez awarie rozumiemy dowolny przypadek wadliwego działania podzespołów samochodu – komputer przestaje działać, wtrysk paliwa jest przez cały czas otwarty, a katalizator zatkany. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że taki zestaw awarii powoduje zwiększone emisje zanieczyszczeń. Przynajmniej jeden samochód w naszej bazie danych emitował siedemdziesiąt gramów węglowodorów na milę. Oznacza to, że na spalinach z tego samochodu można by jeździć nową Hondą Civic. Zresztą nie chodzi tu tylko o stare samochody. Dotyczy to też nowych aut z dużym przebiegiem, na przykład taksówek. Jedno z najbardziej udanych i najrzadziej publikowanych badań emisji spalin zostało wykonane przez prokuratora okręgowego z Los Angeles w latach dziewięćdziesiątych. Pojechał on na lotnisko LAX [Los Angeles International Airport – przyp. tłum.] i odkrył, że wszystkie taksówki firmy Bell Cab znacznie przekraczają normy emisji. Jedna z nich emitowała rocznie więcej zanieczyszczeń niż sama ważyła”.

W opinii Stedmana, używany obecnie system kontroli antysmogowej jest pozbawiony sensu. Milion kierowców w Denver musi każdego roku jechać na stację kontroli emisji – wziąć wolne w pracy, czekać w kolejce i zapłacić piętnaście czy dwadzieścia pięć dolarów. Wszystko po to, żeby wykonać test, którego dziewięćdziesiąt procent samochodów nie potrzebuje. „Nie każda osoba badana jest pod kątem raka piersi” mówi Stedman. „Nie każdy przechodzi test na obecność wirusa HIV”. Co więcej, stacjonarne kontrole antysmogowe utrudniają wręcz wyłapywanie i naprawę pojazdów przekraczających normy. Entuzjaści sportowych samochodów, posiadający pojazdy z ogromnymi silnikami produkującymi ogromne ilości spalin, potrafią wymienić silnik na czystszy na dzień, w którym przypada badanie. Inni rejestrują swoje pojazdy w odległych miastach, gdzie w ogóle nie prowadzi się kontroli emisji albo przyjeżdżają na badanie „na gorąco”, po ostrej jeździe autostradą, co jest dobrą metodą na sprawienie aby tymczasowo obniżyć poziom emisji. Nawet bez tych sztuczek, losowym pojazdom udaje się przejść badanie pozytywnie (mimo tego, że zdecydowanie nie powinny), ponieważ parametry pracy zużytych silników są zmienne i od czasu do czasu wartość emitowanych przez nie spalin spada znacznie na pewien czas. „Brakuje dowodów na to” mówi Stedman „aby narzucony przez miasto system kontroli miał realny wpływ na jakość powietrza”.

Alternatywą proponowaną przez Stedmana jest kontrola mobilna. Dwadzieścia lat temu skonstruował urządzenie, które za pomocą podczerwieni, na bieżąco, analizuje emisję spalin w pojazdach przejeżdżających autostradą. Tablica na Speer Boulevard jest podłączona właśnie do jednego z takich urządzeń. Stedman uważa, że miasto powinno umieścić około pół tuzina takich urządzeń w furgonetkach i zaparkować je na zjazdach z autostrady wraz z radiowozami gotowymi do zatrzymania każdego, kto nie przejdzie testu. Według wyliczeń Stedmana, za dwadzieścia pięć milionów dolarów, które mieszkańcy Denver rocznie wydają na badania poziomu emisji spalin, miasto mogłoby identyfikować dwadzieścia pięć tysięcy prawdziwych trucicieli, dzięki czemu udałoby się w ciągu kilku lat obniżyć emisję spalin w obszarze metropolitarnym Denver o jakieś trzydzieści pięć do czterdziestu procent. Miasto mogłoby wreszcie przestać radzić sobie z problemem i zacząć go rozwiązywać.

Dlaczego więc nie stosujemy metody Stedmana? Nie ma tu przecież żadnych przeszkód natury moralnej – jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że drogówka zatrzymuje ludzi za przepaloną żarówkę czy urwane lusterko, więc dodanie kontroli emisji do jej zadań nie byłoby trudne. A jednak takie postępowanie byłoby wbrew naszemu instynktownemu rozumieniu problemu zanieczyszczenia powietrza, w którym każdy samochód przyczynia się do jego wzrostu jednakowo. Ustanowiliśmy instytucje, które reagują na powszechne problemy szybko i z całą mocą. Kongres wydaje ustawę. Agencja Ochrony Środowiska – rozporządzenie. Przemysł samochodowy wprowadza poprawki zmniejszające odrobinę emisję spalin i – hokus pokus – jakość powietrza się poprawia. Ale Stedmana nie interesuje co się dzieje w Waszyngtonie czy Detroit. Pokonywanie wyzwań związanych z kontrolowaniem zanieczyszczenia powietrza nie opiera się tak bardzo na samym prawie, jak na przestrzeganiu tego prawa. To kwestia nadzoru, a nie polityki. W zaproponowanym przez Stedmana rozwiązaniu jest jednak coś niebywale trudnego do zaakceptowania. Chciałby on rozwiązać problem smogu w Denver za pomocą pół tuzina furgonetek wyposażonych w urządzenie wielkości walizki. Czy tak poważny problem może mieć tak mało spektakularne rozwiązanie?

To właśnie sprawiło, że ustalenia komisji Christophera dotyczące policji w Los Angeles były tak trudne do zaakceptowania. Kiedy stajemy przed problemem, którego rozwiązanie przekracza możliwości naszej machiny biurokratycznej, lubimy powoływać specjalne komisje i zespoły eksperckie. Ale co najbardziej zapada w pamięć po lekturze komisji Christophera? Historia policjanta, który, pomimo udokumentowanych przypadków patologicznych zachowań takich jak bicie skutego aresztanta, w okresowej ocenie jest opisywany jako „funkcjonariusz, którego sposób postępowania zachęca do przestrzegania prawa i wzbudza zaufanie społeczeństwa”. Taką ocenę mógł wystawić wyłącznie przełożony, który nie zajrzał nawet do teczki z dokumentacją pracy funkcjonariusza. Komisja Christophera wydała więc prostą rekomendację – policja Los Angeles może rozwiązać swój problem dopilnowując aby oficerowie policji czytali teczki podległych sobie funkcjonariuszy. Problem ten nie był kwestią wymagającą tworzenia nowej polityki, a jedynie podporządkowania się obowiązującym rozwiązaniom. Policja musiała po prostu zacząć stosować się do zasad, które od dawna już istniały. Nie jest to jednak rekomendacja, której oczekuje społeczeństwo głodne zmian systemowych. Rozwiązywanie problemów opisanych krzywą potęgową narusza bowiem nie tylko naszą intuicję moralną, ale także polityczną. Trudno jest nie pokusić się o wniosek, że właściwie powodem, dla którego potraktowaliśmy bezdomnych jako jedną niezróżnicowaną i beznadziejną grupę, nie jest to, że nie wiedzieliśmy, że jest inaczej. My po prostu nie chcieliśmy tego wiedzieć. Bo to byłoby zbyt trudne do przyjęcia.

Rozwiązania problemów podlegających rozkładowi potęgowemu nie przemawiają do prawicy, ponieważ wymagają specjalnego potraktowania ludzi, którzy nie zasługują na specjalne traktowanie. Nie przemawiają także do lewicy, bo nacisk kładziony na przewagę efektywności nad sprawiedliwością społeczną natychmiast kojarzy się z bezdusznym przesuwaniem cyferek w analizie kosztów i korzyści rodem ze szkoły chicagowskiej. Nawet perspektywa zaoszczędzenia milionów dolarów, czystego powietrza czy poprawy funkcjonowania policji nie rekompensuje nam tego dyskomfortu całkowicie. Cieszący się niezwykłą popularnością burmistrz Denver John Hickenlooper niestrudzenie pracował nad rozwiązaniem problemu bezdomności w mieście przez kilka ostatnich lat. Ostatniego lata, wygłaszając przemówienie o stanie miasta, poświęcił tej tematyce znacznie więcej czasu niż zwykle. Przemówienie wygłosił w miejscu symbolicznym – w parku Civic Center, w którym codziennie gromadzą się bezdomni ze swoimi wózkami z supermarketów i workami na śmieci. Wielokrotnie mówił w lokalnych stacjach radiowych o sposobie, w jaki miasto zamierza rozwiązać ten problem. Zlecał badania, które wykazywały jak wielkim obciążeniem dla budżetu miasta jest tradycyjne „radzenie sobie” z rosnącą populacją osób bezdomnych. Ale, jak mówi: „wciąż są ludzie, którzy zatrzymują mnie kiedy wchodzę do supermarketu i mówią, że nie mogą uwierzyć, że zamierzam pomagać tym bezdomnym menelom”.

 

5.

Wczesnym rankiem rok temu, do Marli Johns zadzwonił jej mąż, Steve. Był w pracy. „Zadzwonił i obudził mnie” wspomina Marla. „Miał ściśnięte gardło i płakał do słuchawki. Pomyślałam, że coś się stało któremuś z policjantów. Powiedziałam »Boże, co się stało?«. A on na to »Murray umarł wczoraj w nocy«”. Zabił go krwotok w przewodzie pokarmowym. Tego ranka na posterunku kilku policjantów uczciło pamięć Murraya minutą ciszy.

„Niewiele jest takich dni, żebym o nim nie myślała” kontynuuje Johns. „Nadchodzi Boże Narodzenie, a ja zawsze kupowałam mu prezent świąteczny. Upewniałam się, ze miał ciepłe rękawiczki, koc i płaszcz. Darzyliśmy się wzajemnym szacunkiem. Kiedyś na izbie przyjęć pewien nietrzeźwy pacjent zeskoczył ze swojego łóżka i ruszył na mnie. Murray zeskoczył wtedy ze swojego, potrząsnął mu przed nosem pięścią i powiedział »Nawet nie próbuj dotykać mojego aniołka«. Wiesz, kiedy system monitorował Murraya, ten radził sobie świetnie. Przebywał pod aresztem domowym, znajdował pracę, do której chodził codziennie, miał oszczędności i przede wszystkim nie pił. Robił wszystko co powinien. Są tacy ludzie, których prawidłowe funkcjonowanie zależy od ciągłego nadzoru. Murray tego właśnie potrzebował”.

Ale oczywiście w Reno nie znalazło się miejsce, w którym Murray mógłby odbudować swoje życie. Ktoś musiał zadecydować, że to zbyt wiele kosztuje.

„Powiedziałam mężowi, że zgłoszę się po jego ciało jeśli nikt inny tego nie zrobi” mówi Marla. „Nie chciałabym aby spoczął w nieoznaczonym grobie”.

 

 

Dowiedz się więcej o Housing First w Polsce: czynajpierwmieszkanie.pl